Historia naszej strony i fanclubu jest dość długa i bardzo zawiła. Niewielu wie, że ich korzenie sięgają 2004 roku, a jednym z ojców jest Marcin Borzęcki – obecnie dziennikarz TVP Sport.  Były redaktor Schalke04.pl podzielił się z nami wspomnieniami związanymi ze stroną, przemyśleniami odnośnie klubu oraz swoimi niebieskimi sympatiami! Cały wywiad podzielony jest na kilka części, poniższa dotyczy okresu pracy przy stronie i fanclubie!

 

Schalke04.pl: Jak zaczęła się Twoja przygoda ze stroną Schalke04.pl?

Marcin Borzęcki: Zastanawiam się, kiedy w ogóle się zaczęła. Na pewno było to kilkanaście lat temu, gdy Internet, a raczej polskie strony klubowe, jeszcze raczkowały. Gdy zacząłem się interesować Schalke, szukałem jakichkolwiek informacji o klubie, a było o tyle łatwiej, że wówczas w sieci istniało dużo więcej stron klubowych niż dziś. Z samej ligi niemieckiej było ich z piętnaście. Może to się teraz wydawać absurdalne, ale na forach byli nawet kibice Bochum czy Energie Cottbus, którzy regularnie prowadzili swoje strony. Co więcej – pamiętam nawet, że był taki klub, grał wtedy chyba na czwartym poziomie rozgrywkowym, jak Rot-Weiss Essen i również mieli swoją stronę, na której panował świetny klimat!
Gdy grali derby z rezerwami Schalke czy Borussii, to ich zapowiedzi i komentarze były takie „napinkowe”, że sam wręcz nie wierzyłem w to, co tam się działo.
W każdym razie trafiłem na tę stronę Schalke04.pl, gdy była to raczej jej pierwsza wersja, bo potem wprowadzono sporo zmian, przede wszystkim nowy lay-out. Chyba zaczęło się tak, że ja po prostu napisałem do Piotrka Rybola z prośbą o możliwość pisania newsów. To była taka zwyczajna droga: na początku spisywałem jakieś informacje z zagranicznych mediów, tłumaczyłem małe newsy, uzupełniałem wyniki, tabelki, klasyfikacje strzelców. Wtedy modne były jeszcze, co dziś może się wydawać dziwne, relacje tekstowe z meczów, akcja po akcji. Bardzo ciekawe z perspektywy czasu, zwłaszcza, że strona, w porównaniu z dzisiejszymi, nie była tak nowoczesna, więc te relacje były powolne i mijało dużo czasu zanim dodało się wpis. A mimo to ludzie siedzieli z wypiekami na twarzy przed monitorem i odświeżali stronę.
Pamiętam, że pisałem newsy, potem tworzyłem wspomniane relacje live, aż w końcu ludzie zaczęli się stopniowo wykruszać, bo, jak można się domyślić, wiadomo, zajawka u niektórych stopniowo wygasała. Osobiście na początku studiów uznałem, że najwyższy czas dać sobie z tym spokój. Gdy zaczynałem to byłem jednym z najmłodszych. Z czasem ci starsi kolejno rezygnowali, bo życie przyniosło inne obowiązki niż pisanie o kontuzji Geralda Asamoaha i potem ja przejąłem obowiązki redaktora naczelnego. Generalnie to był fajny okres, bo strona funkcjonowała długo, działa do dziś dzień i miała naprawdę intensywne momenty działania. Jeśli chodzi o zainteresowanie użytkowników, liczbę odwiedzin portalu czy pozostawionych komentarzy – działało to sinusoidalnie. Gdy Schalke w 2007 roku do ostatniej kolejki walczyło o mistrzostwo, czyli wtedy, gdy sam zaczynałem pisać, na stronie działało bardzo dużo osób. Potem było trochę gorzej, choć kolejny drastyczny skok nastąpił jakoś na przełomie dekad, gdy Schalke grało w półfinale Ligi Mistrzów – wtedy serwer był przeładowany do maksimum, strona działała bardzo wolno, ale na długo przed meczem, w trakcie spotkania i do późnych godzin nocnych pole pod artykułami było przeładowane komentarzami. Generalnie więc wspominam ten czas bardzo dobrze, do dziś w głowie mam multum internetowych nicków, przetrwała też jedna znajomość w rzeczywistości (pozdrawiam, Pawełku!), było sporo śmiechu, emocji, wzajemnych wymian spostrzeżeń. Podejrzewam, że wielu tych, z którymi dyskutowałem na Schalke04.pl, teraz odnalazłbym na stronach facebookowych oraz twitterowych, ale już pod własnym imieniem i nazwiskiem.

Jeden z administratorów, który pracuje z nami do dziś i pamięta czasy świetności strony, opowiadał, że w trakcie meczów komentarze na stronie liczyło się w setkach.

W szczytowym momencie pamiętam, że wspomniana kampania w Lidzie Mistrzów i zwycięstwo w Pucharze Niemiec bardzo wpłynęły na aktywność na stronie. Zgrało się to z wypuszczeniem nowej wersji portalu i odświeżeniem szaty graficznej, przez co strona wyglądała bardzo nowocześnie. Mieliśmy też fajny pomysł dla kibiców, który odróżniał nas od innych stron klubów:
w Gelsenkirchen mieszka Polak, Tomek, który pasjonuje się fotografią sportową. Niesamowity zajawkowicz, rano wychodził z aparatem na obiekty treningowe, robił zdjęcia, filmował zajęcia, poznał się z piłkarzami i z wieloma ma szczególny kontakt do dziś. Do dziś jest wielkim pasjonatem, a nam te wszystkie swoje materiały podrzucał. To przyciągało multum użytkowników, ale nie ma też co się dziwić – który inny polski klub mógł się pochwalić tak luksusowymi materiałami? Ja o takim nie słyszałem, a już na pewno nie z taką regularnością, bo Tomek praktycznie codziennie wrzucał coś na stronę.

Wydaje mi się, że w dużej mierze Facebook wpłynął na obniżenie popularności tej strony. Dużo łatwiej jest dodać krótki wpis na portalu społecznościowym, niż tworzyć osobny artykuł o małej nowince.

Wiele stron upadło właśnie przez Facebooka, czy Twittera. Ale to nic złego. Uważam, że gdyby te platformy się nie rozwinęły, to strony dalej funkcjonowałyby tak jak kiedyś. Teraz jest jednak o wiele wygodniej, bo możesz wejść na jedną czy drugą stronę, umówić się ze znajomymi, z drugiej scrollujesz i przeglądasz newsy, a jednym kliknięciem możesz wejść do grupy dyskusyjnej z kibicami, więc to wszystko wynika z wygody. Dodatkowo funkcjonuje wspomniany Twitter, moje ulubione narzędzie, który jest najszybszym źródłem informacji, bo jeśli ktoś chce się czegoś dowiedzieć, to przede wszystkim wchodzi właśnie tam.
Kiedyś swój przegląd wiadomości rozpoczynałem rano od stron: Bilda, kickera, Przeglądu Sportowego, i całej reszty. Teraz otwieram Twittera i dopiero gdy na nim nadrobię zaległości, wchodzę na portale stricte informacyjne bardziej szczegółowo opisujące dane zagadnienia. Dziś, gdy przeglądam internet, mam wrażenie, że ostało się mało stron piłkarskich. Przodują portale dla fanów Realu, Barcelony, Liverpoolu, czyli czołowych klubów Starego Kontynentu. Nawet Borussia.com.pl nie jest już tak żywa, jak w czasach, gdy Juergen Klopp odnosił w tym klubie największe sukcesy.

Skąd decyzja o odejściu ze strony? Jak wspominasz okres pracy na Schalke04.pl?

Cały okres wspominam bardzo dobrze, można się było odpowiednio rozwinąć, mówiąc kolokwialnie otrzaskać w pisaniu krótszych bądź dłuższych form. Nie tworzyłem raczej wielkich rzeczy – głównie newsy tłumaczone z niemieckich stron, zapowiedzi przedmeczowe, relacje pomeczowe, raz na jakiś czas jakiś większy tekst się zdarzył, aczkolwiek patrząc z perspektywy czasu, pisząc tam przez kilka lat nastukałem się bardzo dużo w klawiaturę. Spłodziłem dużo zarówno mniejszych, jak i większych form i na pewno ukształtowało to w pewien sposób mój język. Nabyłem też sporo znajomości, poznałem wielu kibiców z całej Polski. Z jednym kolegą miałem przyjemność kilka razy spotkać się w rzeczywistości, z pozostałymi utrzymuję kontakt w sieci. Generalnie wydaje mi się, że jest wielu kibiców Schalke w Polsce, zwłaszcza na Śląsku, i chyba udało się dla nas stworzyć fajną platformę do dyskusji. Pamiętam, że mieliśmy nawet okazję dogadać kilku sponsorów, organizowaliśmy konkursy, tworzyliśmy gadżety, jak chociażby szaliki czy kalendarze. Potem udało się uformować oficjalny FanClub, co było wielkim wydarzeniem dla naszej społeczności. Mało który klub z tej średniej, europejskiej półki ma swój polski oddział. Pomagałem tworzyć ten fanclub, aczkolwiek później nie uczestniczyłem aktywnie w jego życiu. Za to wiem, że chłopaki jeździli do Berlina i Wolfsburga na mecze, były zloty kibiców, a nawet brali udział w turnieju piłkarskim dla kibiców! Tak jak mówiłem – wspominam ten okres bardzo dobrze. Dla 15-, czy 16-letniego chłopaka, którego całym życiem był ten klub i chodząc do szkoły miał dużo czasu, który wstawał rano, przeglądał newsy przed lekcjami, wracał i przeszukiwał zagraniczne strony, nie było nic lepszego niż pisanie i dowiadywanie się o Schalke na co dzień. Szczególnie biorąc pod uwagę możliwość zawarcia nowych znajomości. Chociażby pogadać ze wspomnianym Tomkiem z Niemiec, który regularnie bywa do dziś na treningach drużyny, było dla mnie wielkim „wow”.

Odszedłem, bo gdy zacząłem studiować, stwierdziłem, że powoli trzeba rezygnować z działalności charytatywnej. Czasami dostawaliśmy jakieś upominki, wlepki, szaliki, czy kalendarze, ale generalnie było to poświęcenie sporej ilości czasu za darmo i uznałem, że czas poszukać czegoś dochodowego, przekuć nabyte doświadczenie w coś poważniejszego. Zaczęło mnie też delikatnie irytować, iż od pewnego momentu sam zacząłem prowadzić tę stronę, wszystko było na mojej głowie i jeśli z jakiegoś powodu nie mogłem siąść do komputera, to fani nie mieli co czytać. Zauważyłem, że w ludziach powoli gasła zajawka, pojawiało się coraz mniej komentujących, bo Schalke też nie było wtedy w wysokiej dyspozycji, a trzeba wiedzieć że często za wynikami klubu szły wyniki strony. Zajawka na pisanie dla Schalke04.pl wygasła więc naturalnie, na kibicowanie pozostała do dziś i cały czas we mnie płonie. Dla portalu zrobiłem wszystko co mogłem, uważam że rozwinąłem go na tyle, na ile tylko czas mi pozwalał. Było gdzie poczytać, o czym poczytać, z kim porozmawiać, zdarzały się wyjazdy na mecze, typer, konkursy  z nagrodami – wszystko, czego dusza czytelnika zapragnie.

Wydaje mi się, iż w pewien sposób od Twojego odejścia i końca „zajawki” kilku innych osób, rozpoczął się ciemny okres w dziejach Schalke w polskim internecie.

Prawdę mówiąc pamiętam, że gdy odszedłem z tej strony, ona po prostu… padła. Nikt jej nie aktualizował, nie było żadnych newsów, potem wygasła domena. Uznałem, że jest już po wszystkim i portal nie zostanie już wskrzeszony. Pamiętam jednak, że pewnego dnia rozmawiałem z kolegą, temat zszedł na Schalke04.pl, z ciekawości wklepałem w wyszukiwarkę i przeżyłem spory szok. Zacząłem się zagłębiać w temat i zobaczyłem, że ta strona dalej istnieje! Partnerem jest firma MarBud, na stronie są zdjęcia zrobione przez właściciela, który prowadzi firmę, a jej siedziba praktycznie na każdym kroku ozdobiona jest akcentami związanymi z Schalke. Trawnik przystrzyżony w herb klubu, logo wplecione w bramę i tak dalej. Zauważyłem, że coś się w aspekcie Schalke04.pl ruszyło, ale, tak jak mówisz, ta przerwa w funkcjonowaniu strony była dość długa, nie działo się praktycznie nic. Na Facebooku też nie działała ani strona, ani grupa. Twitter wówczas raczkował, więc trudno było tam zastać byłych użytkowników portalu. Ogólnie to chyba był największy kryzys – Schalke po prostu miało miejsca w polskiej sieci.

 Czy strona Schalke04.pl miała większy wpływ na Twoją późniejszą karierę i życie?

Tak jak wspominałem, liczba mniejszych lub większych tekstów, które napisałem na stronę na pewno ukształtowała w pewien sposób mój styl. Parę miesięcy temu skorzystałem z „wehikułu czasu” w sieci, który przywraca do pewnego punktu istnienia inne witryny i trafiłem na swoje newsy z 2006 roku. Miałem wtedy 12 i 13 lat, więc powiedzmy, że to w pewien sposób usprawiedliwia ich poziom! Były pisane bardzo dziecinnie, ale zrzucam to już na karb metryki. Myślę, że z czasem się rozwinąłem. Jak to w internecie bywa, komentujący bardzo ostro podchodzą do twórczości i wymagają rzetelnego i bezbłędnego pisania. Zdarzały się jakieś wpadki: czasami coś przekręciłem, popełniłem jakiś błąd, czy coś źle ułożyłem, więc od razu zasłużenie zbierałem po głowie. Lubiłem tę krytykę i oczekiwania, by czytać sensowne, dobrze sklecone teksty, to motywowało. Nauczyłem się też dyscypliny, organizacji czasu, planowania dni. Nie mogłem do tego podchodzić na zasadzie „a dzisiaj coś napiszę, potem pójdę pokopać piłkę z kolegami, a jutro nie bo mama mówi, że jedziemy nad wodę”, tylko dzień w dzień, gdy wracałem ze szkoły, rzucałem plecak, odpalałem komputer i działałem. Wszystko było jak w Niemczech: Ordnung muss sein!